wtorek, 25 lutego 2014

Rozdział 15

*Liz*
Dowiedziałam się o mojej chorobie. Z początku byłam przerażona tym wszystkim. Choroba psychiczna. Tak wiele się o niej słyszy i w końcu spotyka kogoś. W tym przypadku spotkała ona mnie. Jestem sama sobie winna temu wszystkiemu. Powinnam była posłuchać ludzi wcześniej co mi mówili. Nie chciałam ich słuchać teraz mam to na co sobie zasłużyłam.
To wszystko mnie przerażało chce z tego wyjść i zacząć wszystko od nowa bez tych problemów choć wiem, ze one będą wracać, ale też wiem, że nie wszystko mi pomoże wic czy jest sens mnie leczyć ?
Byłam już przewieziona do tego ośrodka. Pierwsze wrażenie ? Strach przed samą sobą, strach przed nowym nie znanym środowiskiem, że się uda lub nie. Bałam się tego miejsca.
Byłam tam lekarka, którą jak na pierwsze spotkanie zrobiła na mnie dobre wrażenie. Zdawała się być sympatyczna kiedy prowadziła mnie do jednych sal które od dziś miał być moim nowym pokojem. Zatrzymaliśmy się przed receptą. Przy ladzie stała pielęgniarka w białym fartuchu, a na głowie miała związanego koka. Wyglądała na około 38 lat. Lekarka podała jej moje dokumenty a ta wzięła je od niechcenia i je przeglądała spoglądając na mnie. Ja do tej pory się nie odżywałam byłam zamknięta w sobie.
- Okej Liz tak ? – nie odpowiedziałam jedynie skinęłam głową twierdząco.
- Zaprowadzę ją do jej pokoju - lekarka wzięła mnie pod ramię i zaczęła prowadzić.
Początek korytarza był bez ożywienia. Wszędzie puste białe szare ściany bez niczego. Następnie zobaczyłam wnętrze w nim dużo krzeseł jak i stołów, dwie kanapy jedna żółta a druga biała, duży o ciemnym odcieniu brązu fortepian, jeden telewizor, trzy lub cztery stojące lampy i szafę z różnymi grami jak i książkami. Można wspomnieć, że było tam parę osób, które coś robiły.
- Możesz korzystać ze świetlicy codziennie od 8 do 22 na noc was zamykamy dla bezpieczeństwa. Jak już wspomniałam będziesz miała swój pokuj.
Minęłyśmy pokuj i zaczął się korytarz z dużą ilością drzwiach. Stanieliśmy przy ostatnich. Wyciągnęła w fartucha pent kluczy. Otworzyła i weszłyśmy do pomieszczenia. Było takie szare bez żadnego życia. Prawie nic tam nie było. Jedno szpitalne łóżko pościelone staranie białą kołdrą. Wyblaknięte brzozowe biurko na nim stała tylko czerwona lampka, a przy nim czarne rozkładane krzesło, było też biała umywalka i lusterko powieszone nad nim. Gdyby nie okno wszystko wydawało by się złe.
- Usiądź – rozkazała i wskazała na łóżko. Tak zrobiłam jak kazała.
- Wiem, że jest ci ciężko z tym wszystkim z tymi nowymi rzeczami, ale będzie nie długo lepiej. Teraz odpocznij. Musisz się choć chwile zdrzemnąć. Potem wpadnę do ciebie i porozmawiamy o tym wszystkim i o zasadach – uśmiechała się i mnie poklepała po ramieniu, a następnie wyszła i zamknęła za sobą drzwi. Nic innego mi nie pozostało jak jej się posłuchać i się położyć.

(***)
- Jak się czujesz ? To nowe otoczenie chyba cię troszeczkę przygnębiło ? – zadała mi pytanie ta sama lekarka, która mnie tu przyprowadziła.
- Nie wiem – to pierwsze słowa które dzisiaj wypowiedziałam w tym pokoju – To wszystko jest dla mnie nowe.. – bawiłam się swoimi palcami - boje się tego, że coś może pójść nie tak jak to sobie planuję.. boję się, że wszyscy mnie od trącą na których mi najbardziej zależy i to jedynie przez moją głupotę.
- Nie musisz się tym przejmować masz naprawdę dobrych przyjaciół widać, że zależy im, żebyś wyzdrowiała inaczej by tutaj nie czekali od jakiś pół godziny na ciebie, żeby cię odwiedzić – uśmiechnęła się i położyła swoją rękę na moim ramieniu
- Czyli oni tu są ? – w moim głosie pojawiła się nadzieja – Mogła bym ich zobaczyć ?
- Oczywiście, że tak – wstała – Choć zaprowadzę cię do nich
Tak zrobiłam, chciałam ich zobaczyć. Co z tego, że wyglądam jak jakieś gówno mam nadzieje, że to zrozumieją.. przede wszystkim zrozumieją mnie.
Wyszłam razem z Loren tak miała na imię ta lekarka i skierowałyśmy się do świetlicy, w której będę po raz pierwszy. Gdy weszliśmy zobaczyłam, że niedaleko okna a koło fortepianu siedzi Logan razem z Melisą przy jednym z stolików. Bez wahania podeszłam do nich i ich przytuliłam. W takich chwilach dziękuje ze mam takich przyjaciół jak oni.
- Jak się czujesz ? – pierwsza odezwała się Melisa
- To ja was może zostawię samych na pewno macie dużo sobie do opowiedzenia – uśmiechnęła się i odeszła w stronę jakieś brunetki o piwnych oczach.
- W sumie – usiadłam na krześle koło nich – Nie wiem. To wszystko mnie troszkę przerasta nie sądziłam, że może mnie to spotkać.
- Moje biedactwo – brunetka wstała i mnie mocno przytuliła – Nie wiem co bym zrobiła gdyby coś ci się stało, nie wybaczyła bym sobie tego.
- Dziękuję, że tu jesteście – poukładałam sobie sprawy w głowie i zadałam pytanie – A gdzie jest reszta dlaczego nie przyślij ?
- Chcieli i to bardzo, ale powiedzieli nam, że mogą wejść tylko dwie osoby, wiec wskazali na nas – po raz pierwszy Logan się odezwał od skąd go tu zobaczyłam wcześniej milczał jak grup. Zastanawiało mnie to bardzo. Co kryło się w jego głowie ?
- Może przyniosę z jadalni coś do picia ? – zaproponowała
- Dobrze – pokiwałam głową twierdząco, a brunet nawęd żadnej czynności nie zrobił, ani drgną.
Cisza zagościła po między nami. Dlaczego tak się zachowywały ? Co zrobiłam, że nie chce ze mną gadać jak wcześniej ? To moja wina ? W przyszłości było całkiem inaczej.. zachowywał się tak jak by coś do mnie czuł, a teraz ?
To przez to, że jestem tutaj a nie gdzie powinnam być ?
Chciałam mu to wykrzyczeć prosto w twarz !
Ale jednak powstrzymuje się… i dlaczego ? Czy coś do niego czuje lub czy w ogóle czułam ?
Jedna cząstka podkreślam już na wstępie, że jest ona bardzo mała chciała być przy nim czuć jego obecność, być przy nim gdy jest źle, a ta druga cząstka w ogóle tego nie pragnęła, nie pragnęła zostać tak samo skrzywdzona jak parę miesięcy temu, nie chciała czuć znowu tego bólu.
- Dlaczego się nie odzywasz ? – zapytał
- O to samo chciałam się ciebie zapytać – uśmiechnęłam się sztucznie
- Co jest z tobą ? – zapytał po cicho, a mino to go usłyszałam
- Co ma być ? Siedzę w tym gównie już po uszy – przerwałam – A ty nawęd nie zapytasz jak się czuje. To co zdarzyło się wcześniej było udawane, udawane do tego stopnia, żeby się bawić moimi uczuciami ?
Umilkł, żadne słowo nic chciało przez jego usta wyjść, żeby mi to wyjaśnij
- No powiedz mi to do cholery jasnej ! – wstałam i nachyliłam się nad nim
- Przyniosłam pic… - Melisa postawiła trzy szklanki z białą cieszą na stole, a Logan postanowił wyjść bez słowa – A temu co się stało ? – usiadłam, a zaraz brunetka zrobiła dokładnie to samo – Co się stało ?
- Nic wielkiego.. po prostu chciałam wyjaśnić jedną rzecz, ale on widocznie tego nie chce wyjaśniać
____________________________________________________________________
Witam was <3 Udało mi się napisać kolejny rozdział gdyż mam straszne nudy bo jestem chora, a wena mnie dopisuje ; ) W sumie rozdział chyba taki sobie jest co nie ? Jak myślicie dlaczego Logan tak się zachowuje ? :D

Trochę trzeba was zachęcić do komentowania wiec 8-12 komentarzy nowy rozdział <3

sobota, 15 lutego 2014

Rozdział 14



*Liz*
Całkowicie straciłam poczucie czasu. Która była godzina ? Jaki był dzień tygodnia ? Kompletna pustka w mojej głowie się czaiła. Czy to oznacza, że jestem już w tym drugim świecie ? W tym lepszym, gdzie wszystko jest na twoje żądanie ?
Trzeba otworzyć oczy i to sprawdzić. Czas się z tym wstawić.
Pierwsze co zobaczyłam to białe ściany. Niebo ? Następnie duże urządzanie i te różne kolorowe kabelki prowadzone do nikogo innego jak do mnie. Wtedy pierwszy raz zobaczyłam swoje ciało. Blade, posiniaczone i po kaleczone. Zdecydowanie niebo tak nie wyglądało.
- Jak się pani czuję ? – czyjś głos wybudzał mnie do normalnego toku myślenia.
Jak się teraz czułam ? Wszystko mnie okropnie bolało. Począwszy od palców, a kończąc na końcówkach włosów. Ból był dziwny. Największy ból był na lewej ręce, nawęd nie miałam odwagi się tam popatrzeć.
W końcu musiałam temu komuś odpowiedzieć na jego zadane pytanie. Odkręciłam się w prawą stronę i zobaczyłam kobietę w białym fartuchu. Wyglądała na około 25 lat, miała blond włosy, a na czubku nosa okulary. Czułam, że jest sympatyczna i miła.
- Jakoś może być – mój głos samą siebie zaskoczył. Był strasznie ochrypnięty. Tak jak bym wydarła się w ciągu ostatnich 24 godzinach. – Wszystko mnie boli. Najgorzej lewa ręka.
- To dla tego, że są świeże rany na niej. Przy uspakajaniu pani jedna lekarka panią niechcący podrapała w miejscu gdzie były rany – powiedziała głośno i wyraźnie.
Uspakajaniu ? Co na miała na myśli ?
- Jak to ? Co zrobiłam ? – mówiłam bardzo cicho przez bolące gardło.
- Zapewne tęgo pani nie pamięta to zrozumiałe przy tej chorobie – chorobie ? Znów zagadkowe słowo – Obudziłaś się dwa dni temu i zrobiłaś niezłe zamieszanie w szpitalu. Musieliśmy cię uspakajać lecz to nie pomogło, dopiero leki zaczęły działać.
- Czyli co jest ze mną ? Przecież czegoś takiego bym nie zrobiła, a przynajmniej bym pamiętała to zdarzenie.
- Powiedziała bym ci wszystko, ale to zadanie nie należy do mnie tylko do twojego lekarza prowadzącego. Przyjdzie do ciebie jak skoczy operacie która wyszła mu pilnie. – zapisała coś w swoim brudnopisie i dodała – Wpadnę do ciebie potem zobaczyć jak się czujesz – na pożegnanie uśmiechnęła się najmilej jak umiała.

*James*
Po raz drugi zadzwonili z szpitala, ze Liz się wzbudziła. Tym razem po dwóch dniach. Znów się cieszyłem z tego powodu, ale tym razem i się bałem tego spotkania z nią. Co jeśli zobaczę ją w tym stanie jak dwa dni temu ? Zagubioną, pełną nerwów, oszołomienia. Nie chce ją w takim stanie widzieć.
Nie zadzwoniłem jeszcze do rodziców, żeby im o tym wszystkim powiedzieć. Teraz los chciał, żebym im powiedział. Nie mam już wyboru, ani ucieczki. Choć myślałem, że jest jeszcze inny sposób, żeby to wszystko rozwiązać, żeby im tego nie mówić, ale po dużym myśleniu tak będzie dla niej najlepiej tak jak i dla nas.
Znów siedziałem przy brązowym biurku, ale tym razem czekałem na lekarza prowadzącego Liz. Musiałem odbyć z nim ponownie rozmowę o chorobie dziewczyny i co będziemy z nią dalej robić. Jako jedyny z rodziny i tu obecny musiałem tu być i zdecydować za rodziców co dalej będzie z moją siostrą. Chce dla niej jak najlepiej. Chce, żeby z tego wyszła.
- Przepraszam, że pan musiał tak długo czekać – znów zobaczyłem tego samego profesora jak się nie mylę pana Garda. Usiadł wygodnie po drugiej stronie biurka – Wypadła mi pilna operacja i nie mogłem jej przełożyć.
- Nic się nie stało rozumiem to – powiedziałem to czując i zastanawiając się jak była trudna ta operacja.
- Wiec może przejdziemy od razu do rzeczy ? – nie odpowiedziałem bo wiedziałem, że to pytanie retoryczne wiec skinąłem głową informując go, żeby kontynuował dalej – Pańska siostra jest chora jak już powiedziałem wcześniej to nie normalna choroba lecz psychiczna, wiec wymaga ona leczenia. Na szczęście to można leczyć. Mało tego, nie wolno pozostawić jej samej sobie, zatem leczenie jest po prostu koniecznością. Razem z moim personelem ustaliliśmy, że najlepszym rozwiązaniem będzie ją przewieść do szpitala psychiatrycznego.
Słuchałem tego uważnie analizując każde wypowiedziane przez lekarza słowo jak by od tego zależało moje życie.
- Jak będzie przebiegało jej leczenie ? Czy jest choć mała szansa, że ona z tego wyjdzie ? – musiałem się wtrącić. Za dużo pytań tłoczyło się w mojej głowie.
- Proszę pana szanse są zawsze w różnych dziedzinach choroby. Liz ma szczęście bo u niej wykryto ją wcześniej wiec jest w pierwszej fazie jej którą można wyleczyć. Co do samego leczenia trzeba kilku czynników miedzy innymi leczenie farmakologiczne, psychoterapia i co najważniejsze wsparcia najbliższych. – przerwał pomyślał coś i kontynuował - Początki są zawsze trudne, bo pacjent nie chce naszej pomocy ani nikogo innego. Nie możemy się podać ona musi wiedzieć, że jest dla kogoś potrzebna. Wie ucieka w inny świat właśnie dlatego, że nie chce akceptować świata rzeczywistego, bo myśli że nikt ją tutaj nie chce że jest nie potrzebna.
- Jakie są objawy choroby ? – musiałem się o to zapytać. Chciałem wiedzieć dokładnie wszystko przez co ona przechodzi
- Częstymi objawami są urojenia i omamy, natłok myśli, rzadziej zaburzenia ruchowe pod postacią stuporu, czyli całkowitego bezruchu, czy też nadmiernej ruchliwości, a nawet pobudzenia. Może również pojawić się dziwaczność w zachowaniu i ubieraniu, pewien manieryzm i stereotypia. Musze panu powiedzieć, że ona może się zmienić. Musi pan być przygotowany nawęd na najgorsze… Zgadzasz się, żeby Liz była przewieziona do tego ośrodka ?
Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Długo się zastanawiałem czy powiedzieć tak, ale dlaczego ? Przecież po tym może być o wiele lepiej i przede wszystkim już nie będzie brała tych narkotyków. Po przemyśleniach i wielokrotnym siebie skarceniu co jest leprze i najlepsze zdecydowałem, że Liz powcina się tam znaleźć. Musiałem jedynie podpisać jeden ważny dokument, że wyrażam zgodę podpisałem go od razu bez żadnego wąchania …
_______________________________________________________________________
Trochę się namęczyłam nad tym rozdziałem bo musiałam sięgnąć do Internetu i trochę poszperać o tej chorobie, żeby się czego kogokolwiek dowiedzieć, ale w końcu sobie z nim poradziłam :D Mam nadzieje, ze nie jest najgorszy, ale opinie już wam zostawiam : )
Widzę, że ostatnio coraz mniej zostawiacie komentarze. Czyli wam się nie podoba mam rozumieć :( 
Pod ostatnim były tylko 3 :(  może zamknę bloga ?
5-8 komentarzy nowy rozdział 

sobota, 11 stycznia 2014

Rozdział 13



*James*
Otworzyłem drzwi jednej z sal szpitalnych. Pierwsze co ujrzałem to białe ściany z niebieskim jednym paskiem. Dużą szafkę z potrzebnymi zapewne lekami. Łóżko, a na nim Liz. Wyglądała jak by normalnie spała, ale tak nie było te wszystkie urządzenia przypięte do niej… przerażały mnie. Podszedłem do niej i ostrożnie cmoknąłem jej czoło. Chwyciłem jej lodowatą rękę i usiadłem na tym nie wygodnym krześle. Bezczynie siedziałem i wpatrywałem się w nią. Dręczyły mnie wyrzuty sumienia. Dlaczego musiałem poruszyć ten pieprzony temat ? Doskonale wiedziałem, że nie chce go dalej ciągnąć. Byłem zbyt uparty, zaślepiony tym wszystkim. Na chama chciałem, żeby od nowa poznała swoich rodziców. Naszych rodziców. Może nie znałem jej, aż tak doskonale, ale chce dla niej jak najlepiej. Przecież jestem jej starszym bratem. Rodzina powinna się spierać. Ja to spieprzyłem. Przeze mnie może nie obudzić się z tej całej śpiączki. To wszystko moja wina…
Co jeśli.. ?
To pytanie przez najbliższe czterdzieści piec godzin mnie prześladowało. Co jeśli naprawdę się nie obudzi ? Co powiem rodzicom ? Przeze mnie ich jedyna córka i żyta z nimi od narodzin-nie to co ja- jest w śpiące, a to wszystko dlatego, że poruszyłem ich temat, wzięła narkotyki, pocięła się i nie wiadomo czy się obudzi. Nie to źle wszystko wygląda. Nawęd nie miałbym odwagi tego powiedzieć, a co dopiero  prosto w ich oczy. Choć będę musiał im to wyznać prędzej czy później. Wiem, że Liz się to nie spodoba, ale nie mam innego wyboru. Musze…
*Tydzień po tym*
Wczoraj Liz się w końcu obudziła. Właśnie do niej jadę, gdyż wczoraj, a dokładniej dziś w nocy się obudziła. Nie mogłem dłużej czekać i wsiadłem w samochód informując wszystkich, że brunetka się wybudzała. Oprócz moich rodziców, tak nie poinformowałem ich o tym wszystkim. Nie miałem odwagi tego zrobić. Wierzyłem ze Liz się obudzi- tak się stało- i będzie jak dawniej.
Stałem na czerwonym świetle. Jak na złość w L.A było dziś strasznie zatłoczone, choć Kidy ono nie jest ? Chyba nie ma takiego dnia. W końcu jakoś dojechałem do szpitala, zajęło mi to prawie godzinę. Wysiadłem z mojego białego audi. Od razu przypomniałem sobie dzień w którym Liz chciała prowadzić moje auto. Nie pozwoliłem jej, prawe o to się pokłóciliśmy przez to, ale teraz jak wyjdzie pozwolę jej.
Uderzyła mnie fala zimna wchodząc do budynku. Nie musiałem długo się zastanawiać gdzie się udać wiedziałem już to dawno. Kiedy dotarłem pod sale trzydzieści trzy wszyscy już tam byli. Melisa, Logan, Kendall i Carlos. Bardzo to doceniałem, że spierają moją siostrę, jestem za to im wdzięczny.
- Co z Liz ? Dlaczego nie wchodzicie do niej ? – byłem szczęśliwy, że brunetka się obudziła, ale ich miny.. mówił same za siebie.. coś się musiało stać.
- James.. – jako pierwsza postanowiła mówić Melisa
- Coś jest nie tak ? – z mojej twarzy znikł uśmiech – Lekarze ją badają dlatego nie można wejść ? – przez okno Sali widziałem chyba z pięciu lekarzy, którzy chodzili w tą i tamtą, ale nie mogłem ujrzeć brunetki.
- Nie do końca – odezwał się Logan
- Ona... przez to wszystko.. ona.. – z ust …. Nie mogło nic wyjść
- Czy ktoś może mi powiedzieć co się dzieje ?!?
Przez okienko ujrzałem Liz… szamotała się. Zamarłem. Widziałem jak kopała nogami, majtała rękami i zapewne krzyczała. Dlaczego? Co jest mojej siostrze? Przeraziłem się. W drzwiach staną lekarz. Był lekko przygarbiony. Miał siwe włosy, a na nosie nosił okulary.
- Czy jesteście rodziną dla tej młodej damy ? Lub macie jakiś kontakt z nimi ?
- Nie.. – odpowiedzieli wszyscy
- To znaczy tak – dokończył za nich Carlos
- Ja jestem jej starszym bratem – powiedziałem wolno i wyraźnie nadal parząc na dziewczynę.
- Mogłabym z panem porozmawiać o Liz ? – zapytał mnie się
- Ta.. tak..- odpowiedziałem po czasie
- Proszę za mną, porozmawiamy w ciszymy miejscu – skazał ręką żebym za nim się udał i tak zrobiłem. Szliśmy wąskim korytarzem przy tym mijając parę zatłoczonych sal. W końcu dotarliśmy do gabinetu. Profesor usiadł przy swoim jasno brązowym biurku i wskazał rękę, żebym siad po drugiej stronie na drewnianym krześle. Tak zrobiłem.
- Widział pan co się dzieje z pańską siostrą ? Ona.. – Zaczął rozmowę jako pierwszy
- Co jest z nią ? Co się stało ? – nie dałem dojść mu do słowa.
- Zazwyczaj staram się nie oszukiwać ludzi. Próbuje im wszystko powoli powiedzieć, nawęd jeśli prawda może zaboleć. Bo w tym zawodzie trzeba starać się mówić paciętom rodziny prawdę.- przerwał na chwile- Ale nie wiem jak to panu powiedzieć. Nigdy jeszcze mi się to nie zdarzyło.- znowu przerwał – Podejrzewamy, że Liz jest chora. To nie jest zwyczajna choroba. To nie jest zaliczana choroba do tej którą widzimy na co dzień. Przed tym kiedy Liz trafiła do nas zażywała jakieś narkotyki ? To nie był jej pierwszy raz kiedy to wzięła ?
- N-Nie.. – wybełkotałem
- Tak podejrzewaliśmy. Narkotyki spowodowały tą chorobę.. wpłynęły na jej podświadomość. To one są wszystkiemu winę, gdyby w porę przestała brać je może do tego by nie doszło, ale nie jesteśmy pewni. Prędzej  czy później mogło to się u niej ujawnić.
- A-ale.. jaka jest to ch-choroba ? – zapytałem się czekając na jak najszybszą odpowiedz.
- Podejrzewamy, że u Liz występuję schizofrenia. Jest to choroba psychiczna. Na tyle jest dobrze, że nie jest to do końca potwierdzone, ale muszę być z panem szczery prawie wszystkie wskaźniki wskazują, ze to jest schizofrenia w pierwszym stopniu, którą można wyleczyć. Tu znów muszę być z panem szczery nie wiele osób wychodzi z tego zdrowych nawęd w tym pierwszym stopniu…
Jak to ? Zamarłem. Moja siostra jest chora psychicznie ?
Dlaczego wcześniej nic nie podejrzewałem ? To wszystko mnie przeraża co. Co jeśli Liz nie wyzdrowieje z niej ? Dopiero co znalazłem moją siostrę, a już muszę ją zegnać ?
P-Pomocy !
____________________________________________________________________
No Hej :) Wiem, że długo nie dodawałam rozdziału, ale miałam problemy z netem, a potem nie mogłam wstawić rozdziału, ale na szczęście już jest rozdział ^^ Wiec co o nim myślicie ? przyznajcie się nie spodziewaliście się tego, że u Liz może być stwierdzona choroba psychiczna ? Tu muszę być z wami szczera co raz bardziej podoba mi się to moje opowiadanie, ale nie wiem co teraz opisać. Jak opisać tą chorobę u niej. Mam nadzieje, że jakoś wyjdę z tego cało :D A co do samego rozdziału jakoś nie spinalnię mi on wyszedł.
P.S. Bym zapomniała w rozdziale mogą wystąpić błędy za które z góry przepraszam. Starałam się ich jak najmniej robić, ale jak zawsze to nie wychodzi.

wtorek, 10 grudnia 2013

Rozdział 12



* Melisa *
Siedziałam wtulona w Nicka oglądając jakiś film, który szczerze mówiąc był strasznie nudny. Można powiedzieć, że byliśmy na takiej mini rance z racji z tego, że rzadko widywałam go z powodów „spraw rodzinnych” jak on to ujął. Strasznie się za nim z tęskniłam, a on wybiera jakiś film do tego strasznie nudy. W sumie nie jest aż tak źle mogło być jeszcze gorzej, ale czasem mam wrażenie, że Nick już mnie nie kocha jak wcześniej jak by czerwono-złoty ogień wygasł w naszych sercach. Jak by się głębiej wdrążyć w to, to zostaje pytanie dlaczego wciąż jest ze mną ? To pytanie często znajduje w mojej głowię..
- O czym myślisz ? – usłyszałam nagle stłumiony głos szatyna 
- Hmm ? - oczy skierowałam wprost na niego w sutek czego znalazły jego
- Pytałem o czym myślisz słonce ? – powtórzył pytanie
- O wszystkim i o niczym – uśmiechnęłam się
Nie mogłam mu powiedzieć w prost. Myślę o nas.. a głębiej czy mnie jeszcze kochasz. Nie to było by dziwne.
- Chcesz może coś do picia ? – zaproponowałam w celu nie ciągnięcia tego tematu dalej.
- Jasne szklankę soku pomarańczowego jak masz
- Okej.. powinien jeszcze być jeśli Liz go nie wypiła – podniosłam się z kanapy – A jeśli o niej mowa to już jest po dwudziestej trzeciej, a mówiła, że wróci po dwudziestej drugiej.. zaczynam się o nią martwić – stwierdziłam i pomaszerowałam prosto do kuchni.
- Pewnie siedzi z bratem i z tymi kuplami poznanymi niedawno wiec nie musisz się martwić – od krzyczał.
- Możliwe – wzięłam niebieską szklankę z górnej szafki i postawiłam ją na bracie – Ale i tak się o nią martwię – Otworzyłam lodówkę w poszukiwaniu soku. Jedyny efekt wyszedł, ze znalazłam sok bananowy – Może być sok bananowy ? – zapytałam.
- Oczywiście – usłyszałam głos
Wyciągnęłam rzecz i skierowałam się do blatu, a następnie odkręcając butelkę i wlewając sok do szklanki która była zaraz napełniona białą cieczą.
- Melis ktoś do ciebie dzwoni – usłyszałam głos Nicka – James..
- Już idę – wzięłam szklankę i skierowała się do salonu
Po chwili usiadłam na brązowej kanapie chwytając z ławy swój telefon w drugą rękę. Przeleciałam palcem po ekranie w celu odebrania, po chwili urządzenie było tuż przy moim uchu.. 
- Hej James co cię do mnie sprowadza, że dzwonisz o tak później porze ? – Jeszcze raz zobaczyłam która godzina na zegarze który stał niedaleko telewizora.  Dwudziesta trzecia czterdzieści pięć. Powtórzyłam w myślach – Wiesz może gdzie jest Liz ?, strasznie się o nią martwcie
- Nie.. to znaczy tak.. wiem gdzie jest, ale to ci się nie spodoba co teraz powiem – usłyszałam smutny, stłumiony i przygnębiony głos. Już rozmowa mi się nie podobała
- James co się stało ? Gdzie jest Liz ?
Żadnej odpowiedzi nie dostałam przez najbliższą minutę, nie wytrzymałam i zapytałam znowu – James co się stało ? Co się dzieje ?
- Nie mogę.. to nie wyjrzę z moich ust.. L.. Li- Liz jest w sz- szpitalu.
- Jemes co ty mówisz ? Przeci… - w tedy do mnie dotarło co się tak naprawdę dzieje w okuł mnie. Nie mogłam nic powiedzieć. Moje gardło było zawiązane na sto supełków. Z dłoni wyleciała mi szklana rozbijając ją na drobne kawałeczki przy tym brudząc dywan białą cieczą. Nick tylko patrzył na mnie, żebym mu tylko powiedziała co się dzieje, ale ja nie mogłam nie przeszło by mi to przez gardło.. Jedyne słowo, które zdołałam z siebie wykrztusić to – W którym ? Co z nią ?
- W szpitalu Władimira – tylko to zdołałam usłyszeć, bo zaraz połączenie zostało przerwane.

*James*
Po telefonie, który dostałam od szpitala od razu do niego się udałem. Nie wierzyłem w to co się stało w najbliższych dwóch godzinach to do mnie nie docierało. Siedziałem bez czynie nic nie mogący nic zrobić – choć bardzo tego chciałem. Musiałem zawiadomić Melise i chłopaków.. Przeciecz byliśmy „paczką” która spierała Liz na tyle ile mogła. Chłopaki przyjechali jakieś piętnaście minut temu.. zadawali mnóstwo pytać, ale tak jak oni nie znałem do końca na nie odpowiedzi, na pewno będzie tak samo z Melisą.
- To moja wina, gdybym wcześniej nie wspomniał o rodzicach nic by się nie wydarzyło – wyszło z moich ust stłumione słowa przez zakryję ręce twarzy.
- Stary to nie twoja wina- usłyszałem głos Carlosa, a zaraz jego rękę na moich plecach.
- To jest moja wina całkowita.. – podniosłem głowę
- Carlos ma racje to nie jest twoja wina skąd wiedziałeś, że to zrobi, że sięgnie po to świństwo i do tego się okaleczy
- Nie Logan.. Powinienem ją posłuchać i nie drążyć tego tematu kiedy ona nie chciała go słuchać.. Dlaczego ja byłem taki głupi ciągnąć dalej ten zasrany temat, przecież doskonale wiedziałem w jakiej jest sytuacji i co może zrobić..
- Nie mogłeś tego przewidzieć – Kendall po raz pierwszy się odezwał.
- A wiesz co jest najgorsze, że nawęd jej nie próbowałem zatrzymać.. poszedłem sobie w drugą stronę pozwalając, żeby cierpiała. Pieprzona duma mną zawładnęła.. Co ja teraz mam powiedzieć rodzicom ? Że ich córa którą nie widzieli przez prawie rok teraz leży w szpitalu pod intensywną terapią.. przecież to nie normalne.
Nastała całkowita cisza. Nie mogłem normalnie usiedzieć na tym niewygodnym szpitalnym krześle. Chciałem coś zrobić. Ale co ja mogłem ? NIC. Ta bezsilność mnie przerażała nie mogąc nic zrobić.
Po cichym korytarzu rozbieg się stukot obcasów spotykających się z zimną posadzką. Od razu skierowałem głowę w tą stronę. Po chwili ujrzałem szczupłą sylwetkę , a zaraz twarz Melisy u boku chłopaka jak się nie mylę Nicka.
- Jeams co się dzieje z Liz ? Dlaczego jest w szpitalu ? Co się do cholery stało ? – patrzyła na mnie swoimi oczami błagając, żeby to nie była prawda
- L- Liz jest w sp- śpiące.. lekarze mówią, że nie wiadomo czy się w ogóle obudzi – To mnie przerażało – Jest pod stałą obserwacją jej serce może tego nie wytrzymać
Melisa strasznie tym się przejęła- Wiem nie powinienem od razu tego mówić, ale wolałem być szczery- Zakręciło jej się w głowę ledwo co złapał ją Nick. Posadził ją ostrożnie na krześle obok mnie, a sam stał na wszelki wypadek pilnują ją.
- A-ale  jak to ? P- przecież ? Jak to się stało ?  
- Lekarze mówią, ze jak ją znalazł jakiś chłopak była cała zakrwawiona, okaleczyła się na tyle, że na szczęście nie podcięła sobie dużo żył... ale i tak jej stan jest bardzo krytyczny  przez to, że zażyła pieprzone narkotyki.. – dalej już nie potrafiłem mówić, nie miałem sił, ledwo co powstrzymywałem łzy. Melisa już dawno miała w czerwone i napuchnięte oczy z płaczu. 
Nie mogłem nic zrobić…
_____________________________________________________________________
Buu.. wiec tak przychodzę do was z nowym rozdziałem :) Postanowiłam, ze jednak nie usunę bloga, za bardzo brakowało by mi was... i pisania. 
Co do rozdziału podoba mi się. Zmieniłam trochę styl pisania jak dla mnie jest dobry, ale nie wiem czy wam się on spodoba. Mam nadzieje, że tak :) 
Mogę was prosić o chociaż mały komentarz ? To mnie motywuje do pisania, a teraz bardzo tego potrzebuję :) 

środa, 20 listopada 2013

Rozdział 11



Minęły już jakieś dwa tygodnie od wyznania chłopakom i bratu całej prawdy. Jest dobrze. Szczerze mówiąc nie sądziłam, że aż tak doskonale się to wszystko potoczy. Teraz czuje, że jestem komuś potrzebna. Co do Jamesa to jest super bratem. Stara się mnie zrozumieć co przeżywałam w ostatnim czasie. Dużo się spotykamy w naszej małej „paczce’’. Gadamy razem godzinami po prostu jest nam dobrze w naszym gronie.
Kto by pomyślał, że mój świat obróci się o 360 stopni ? Odwróci się na leprze. Nie spodziewałam się tego wszystkiego.
Dochodziła siedemnasta moja zmiana się powoli kończyła. Miałam jeszcze obsłużyć dokładnie jeden stolik. Wzięłam notes i żółty długopis z blatu barku. Wolnym krokiem dochodziłam do stolika nr.4
- Co panu podać ? - Chłopak się odwrócił w moją stronę i już w tej chwili żałowałam, że podeszłam do tego akurat stolika.
- Hej słonce nie widzieliśmy się od ostatniego spotkania u mnie w domu. No powiem szczerze, że wypiękniałaś przez ten czas. Nie dostane nawęd buziaka od ciebie  na przywitanie ?
- Wal się ! Czego chcesz Nathan ?   
- Dobrze wiesz co chce. Ciebie. Ostatnio jak przyszłaś do mnie było nam dobrze. Nie sądziłem, ze tak się to potoczy, ale z chęcią bym to powtórzył i to dokończył do końca i nie oszukuj się ty zresztą tak samo
- Nie sądzę
- A ja sądzę, że jednak tak innym razem byś do mnie nie przyszła i nie prosiła mnie o towar skarbie. Masz tutaj trochę, szybko działają, a jak będziesz chciała więcej wiesz gdzie mnie kochana znajdziesz – wstał i włożył mi opakowanie z zawartością białego proszku do kieszeni czerwonego fartucha, a po chwili wyszedł.
(***)
Po pracy miałam spotkać się z Jamesem chciał pogadać o jakieś ważniej rzeczy. Swoją drogą zastanawiam się o co chodzi. W umówione miejsce stanowił park, który był niedaleko kina. Już po paru minutach byłam na miejscu, brunet już na mnie czekał. Usiadłam przy nim na brązowej ławce i od razu się przywitałam.
- Wiec co chciałeś mi powiedzieć ? – przeszłam od razu do rzeczy. Nie chciałam czekać.
- Chciałem na początek pogadać co u ciebie, zanim rozpocznę ten „ważny temat ‘’
- Więc u mnie jest dobrze – uśmiechnęłam się – I możesz kontynuować ten ważny temat dalej – pomachałam ręką w geście, żeby mówił dalej
- To zanim rozpocznę ten temat chce, żebyś do końca mnie posłuchała
- Dobrze, postaram się
- Wiec ostatnio odwiedziłem rodziców
Już ta rozmowa mi się nie podoba, ale pozwoliłam mu mówić dalej
- Pytali się o ciebie. Nie wiedziałem co mam powiedzieć, ale w końcu powiedziałem, ze ciebie znalazłem no i że było cieszko. Chcą cię zobaczyć…
- Co ? James ja w to nie wierze, mówiłam ci już to, dla nich już nie żyje. Wiem to smutne, ale prawdziwe i nic tego już nie zmieni.
- Liz oni naprawdę się martwią o ciebie
- Nie chce tego słyszeć. Rozumiesz nie chce ! Raz powiedzieli mi co o mnie myślą wystarczy mi już tego. Nie chce od nowa to przeżywać ! – Parę łez poleciało na ziemie.
Nie chciałam już dalej ciągnąć tej rozmowy. Przed oczami widziałam sytułacie, które chciałam zapomnieć. Przeprosiłam szybkim krokiem odeszłam. Ludzie, których miałam przypominali mi osoby dla których już nie istniałam. W mojej głowie zrobił się wielki chaos. Nie wiedziałam co się ze mną w tej chwili działo. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Czułam wielką pustkę w środku. Nie wiem jak, ale znalazłam się w opuszczonej ulicy, gdzie rzadko jakiś człowiek tędy przechodził. Oparłam się o stary mur. Po woli ześlizgując się po nim . Podkulona odruchowo wyciągnęłam z kieszeni woreczek z białym prochem, który dał mi Nathan jak by wiedział, że będzie mi on teraz potrzebny. Potrzebowałam pomocy i to natychmiast. Z rzeczami z którymi chciałam skoczyć ciągle prowokowały do tego, żebym do nich wracała. Po woli staje się samotna.. zostaje z tym wszystkim sama. Obiecałam sobie, że nie wezmę tego świństwa znowu do ust, ale jednak otworzyłam opakowanie. Przez moment zawahałam się, ale od razu rozwiałam tą myśl i zastąpiłam ją nową, że po tym zapomnę, będzie mi o wiele lepiej. Zrobiłam to. Zaciągnęłam się. Tylko przez chwile jeszcze czułam ból psychiczny jak i fizyczny. Zaraz było lepiej. O wiele lepiej. Było dobrze. Zapomniałam. Pomogło mi. Czułam się dobrze, wręcz przeciwnie czułam się świetnie. Na wzmocnienie efektu zaciągnęłam się drugi raz. Teraz miałam wielką pustkę i było mi dobrze. Nadal siedziałam na zimnej ziemi. W pewnym momencie zobaczyłam koło siebie małą blaszkę. Wzięłam ją do rąk. Ostrożnie położyłam ją na nadgarstku. Przyglądałam jej się uważnie. Niedługo po tym ją wzięłam i sprawdziłam, czy jest ostra, przy tym raniąc się pierwszy raz. Rana była mała wiec dużo krwi nie było. Mój umysł nie miał żadnych myśli, był pusty. Wykonałam drugie ciecie, tylko trochę zabolało. Po chwili trzecie i czwarte. Zielona blaszka wyleciała mi z rąk… delikatnie położyłam się na ziemi. Przyglądałam się mojej dłoni.. nic.. po woli zaczynałam czuć ból. Nikt nie będzie mnie wstanie tutaj znaleźć, a jak już tak mnie już nie będzie.. odejdę. .. zaczęłam płakać. W pewnym momencie nie mogłam opanować go. Z biegiem czasu stawał się on coraz słabszy i słabszy.. zaczynałam już coraz mniej widzieć.. robiło mi się słabo.. moje oczy w końcu odpoczęły, zamknęły się...
__________________________________________________________________________
Wiec na sam początek chce was przeprosić, że nie dodawałam żadnego  rozdziału, ale po prostu nie miałam żadnej weny na to jak i czasem nie chciało mi się pisać.  Prawie miesiąc nieobecność tutaj, nie wiem czy wam się spodoba rozdział, mi końcówka się podoba. Zastanawiam się czy nie zamknąć bloga.... Muszę się zastanowić nad tym.. Do następnej notki :)

poniedziałek, 14 października 2013

Rozdział 10



Wróciłam do domu cała mokra, wciąż padało. Rzuciłam bluzę na wieszak i ściągnęłam niechlujnie buty. Widziałam z przed pokoju co robi Melisa, aktualnie było to oglądanie jakiegoś komediowego serialu, ale jak zawsze nazwa mi wyleciała z głowy. Miałam nadzieje, że mnie nie zobaczy i nie będzie zadawała mi masę pytać na których sama do końca nie znałam całkowicie wyjaśnienia.
Po cichu na paluszkach po woli szłam w stronę schodów prowadzących zaraz do mojego pokoju. Niestety nie dane było mi tam dojść, bo zostałam przyłapana.
- Liz gdzieś ty się podziewała ? Wiesz jak ja się o ciebie martwiłam ?! To dobrze, że jedynie Logan napisał esemesa, że jest u ciebie i mniej się już martwiłam – A jednak powiedział jej gdzie jestem – Dlaczego jesteś cała mokra ? Logan cię nie przywiózł ?
- Nie niestety nie… długa historia… nie ważne – moje emocje sięgały zenitu. Raz chciało mi się płakać, a raz śmiać z rzeczy nawęd nie śmiesznych. Zapewne to jeszcze po narkotykach.
- Liz widzę, ze coś jest nie tak. Nie było cię prawie dwa dni w domu od imprezy wiec nie wciskaj mi kitu, ze wszystko gra.
Okej może to nie w moim stylu, ale uległam i wszystko wyśpiewałam. Co się stało na imprezie, co na drugi dzień u Logana i co zrobiłam niedawno. Sama nie wierzyłam, że wszystko jej powiedziałam. Może po prostu potrzebowałam tego.
- Czy ty już wszystkie rozumy postradała ?! Jak mogłaś znów to świństwo wsiąść do ust ! Jak mogłaś pójść do tego pojebanego Nathana po tym co ci zrobił ?!
- Po prostu… uległam
- Po prostu uległaś… A co z Jamesem dlaczego nie możesz porozmawiać z nim na spokojnie tylko tak się zachowujesz ?
- Bo…bo się boje. Boje się, że tak jak rodzice się ode mnie odwróci. Odwróci się jak mu wszystko powiem. Na pewno tak postąpi ! A wiesz dobrze, ze tego nie wytrzymam ! – zaczęłam płakać i sunęłam się po ścianie w dół
- Liz spój na mnie. Czy ja się od ciebie odwróciłam ? Nie. On na pewno tego nie zrobi. Przecież to twój brat.
- Moi rodzice też są moimi rodzicami, a patrz co zrobili
- On może być inny. Warto z nim o tym wszystkim porozmawiać, dowiedzieć się czegoś o sobie, a zobaczysz będzie o wiele lepiej… Mam plan ty idź się wykopać, a ja zadzwonię, żeby przyjechał co ty na to ?
- Tak szybko… okej niech będzie
(***)
Usłyszałam dzwonek. Za pewne przyszli chłopacy. Czekało mnie dużo wyjaśnień, sama nawęd nie wiedziałam od czego chce zacząć. Długo na tym myślałam, ale jednak nic nie wskórałam.
Zeszłam powoli i ostrożnie po schodach. Na razie chciałam być nie zauważona chciałam przekonać się w jakich humorach są czy to odpowiedni czas. Wydawali się spokojni jak i rozluźnieni. Chyba czas nadszedł, by wszystko zacząć od początku. Otworzyć swój nowy rozdział w książce. Miejmy nadzieje, że będzie on lepszy od powszedniego.
Weszłam do salonu, na moją obecność wszystkie dziesięć par oczu skierowało się w moją stronę. Krępujące, ale dało się przeżyć. Tylko ja jedyna stałam, reszta wygodnie siedziała na kanapie. Chciałam to szybko za kończyć i mieć to już z głowy wiec rzeczne od
- Pewnie zastanawiacie się po co po was zadzwoniliśmy. Otusz przystępie do setna sprawy. Jak wiecie James szukał swojej siostry jak niedawno się dowiedzieliśmy, że…
- Liz jest moją rodzoną siostrą – James wstał i dokończył wypłowieć za mnie.
Postanowiłam powiedzieć wszystko, zaryzykować ten jeden raz.
- Ale to nie wszystko, chce wam jeszcze coś powiedzieć – jak zawsze w takich sytułacj zaczęłam bawić się swoimi palcami – Bardziej bym mogła powiedzieć to samemu Jamesowi, ale uważam, że jesteście bardzo dobrymi kupelami i w pewnym sensie moimi przyjaciółmi muszę to wam też powiedzieć. Jaems pytałeś mnie dlaczego mówię, ze moi znaczy nasi rodzice już dawno dla nich nie żyje. Ponieważ przez moją głupotę się ode mnie odkręcili. Powiedzieli mi w prost, że mnie się wyrzekną i nie chcą nigdy mnie na oczy widzieć. Tak zrobiłam wyprowadziłam się do chłopaka, który był ostatnim dupkiem. Zaszłam z nim w ciąże. Przez niego poroniłam, bo popchną mnie i nie chciał udzielić mi pomocy. Popadłam przez niego w mega depresje, przez niego zaczęłam brać … narkotyki. Na szczęście spotkałam Melisę. Wyciągnęła mnie z tego gówna. Przestałam brać. Rok nie brałam, aż do wczoraj coś we mnie pękło. – Po moich policzkach spływały łzy – Nie będą już brała. Teraz jak znasz prawdę możesz tak jak rodzice ode mnie się odwrócić. Nie trzymam cię nigdzie.
Wstałam wpatrzona w wszystkich. Wszystkich po kolei się przyglądałam. Płakałam.
- Jestem twoim bratem. Choć nie wiem wszystkiego o tobie to i tak cię nigdy nie opuszczę. Nawęd bym nie potrafił tego uczynić – Podszedł do mnie, spojrzał mi w oczy i po prostu mnie przytulił. Odwzajemniłam uścisk
- My też jesteśmy z tobą
Cała reszta wstała i mnie przytuliła.
__________________________________________________________________
Hej wam :* Na reszcie jakoś napisałam ten rozdział. Przez szkołę trochę to wszystko się dłużyło. Nie miałam kiedy pisać. Zawsze jak nie jakiś sprawdzian to kartkówka lub pytania ;/ Ehh... to tyle dobrze, że jakoś w weekend go napisałam xD Jak wam się on podoba ? Szczęśliwe zakończenie jest  :D No, ale czy na pewno będzie tak szczęśliwie... oj chyba muszę sobie uciąć język za dużo wam powiem xD 
Do zobaczenia do następnego :*
P.S No właśnie zapomniałam wam powiedzieć, a raczej się was spytać jak wam się podoba nowy wygląd ?

środa, 25 września 2013

Rozdział 9



Siedziałam na krześle w kuchni razem z Loganem jedząc kanapki. Szynka i ser żółty niby takie małe, ale syte. Pomiędzy nami była cisza jedynym dźwiękiem słyszalnym był zegar wiszący niedaleko lodówki. Sekunda na sekundę coraz większa cisza. Na zewnątrz była strasznie brzydka pogoda, bo padał deszcz. Ktoś by powiedział, że jest do kitu, ale nie dla mnie lubiłam taką pogodę. Można wtedy przemyśleć swoje rzeczy. Idealnie pasowała to tego wszystkiego co teraz się działo w moim życiu. Można podkreślić powalonym i nic nie wartym życiu.
- Liz… to jak chcesz czy nie ? – usłyszałam czyjś głos
- Hm ? – podniosłam głowę i spojrzałam na bruneta  
- Pytałem się czy nalać ci soku
- Nie dzięki i tak już skończyłam jeść – uśmiechnęłam się i wstałam od stołu kierując się do zmywarki w celu włożenia do niej brudnych naczyń. – Pozwolisz, że pójdę do salonu ?
- Jasne – powiedział jeszcze przeżuwając wcześniejszy kawałek
Tak jak było powiedziane skierowałam się do salonu, lecz do końca się tam nie znalazłam. Stałam na korytarzu patrząc się w drzwi frontowe bezczynie. Zaraz za tym usłyszałam „Otworzysz !” Tylko co wydusiłam z siebie to „Jasne”. Podeszłam wolnym krokiem. Stałam tuż przy nich. Chwyciłam klamkę po czym nacisnęłam i je otworzyłam. Ujrzałam nikogo innego jak Jamesa. Znowu to samo tylko już nie patrzyłam się bezczynie na drzwi tylko na bruneta. Nie wiedziałam co robić. Nie myślałam teraz trzeźwo.
- James. Stary wchodź – usłyszałam za sobą głos Logana
Oczywiście wszedł, zamkną za sobą drzwi a następnie skierował się do salonu. Nadal nie wiedziałam co teraz robić. Iść, zostać, iść, zostać, powiedzieć wszystko, iść i się tym nie przejmować. Nie wiedziałam, ale chyba kto inny zadecydował za mnie.
- Liz pozwolisz ?
- Co ? … Ja ?... Tak idę
Siedzieli wygodnie w skórzanych fotelach. Ja natomiast postanowiłam, że usiądę na kanapie.
- Wiecie co może przyniosę coś do picia może herbatę ? Tak to chyba będzie najodpowiedniejsze – Logan wstał i wyszedł z pokoju tym samym zostawiając mnie z brunetem sam na sam. Tego się obawiałam. Cisza nastała pomiędzy nami.
- Liz ? Ja… - zaczął ostrożnie James – Chyba musimy porozmawiać ?
- Ta – wydusiłam z siebie – Zanim zaczniesz chce ci coś powiedzieć. Bądź wobec mnie tylko szczery nic innego nie oczekuje. Zacznij od nowa.
Po krótszym myśleniu zaczął.
- Jak ci już mówiłem naprawdę jestem twoim bratem. Nie spodziewałem się takiego rozwiązania takiej sprawy. Nie spodziewałem się, że to akurat ty. Nie spodziewałem się, że to twoi rodzice z którymi niedawno rozmawiałem… Jeśli mi nie wierzysz możemy do nich pojechać powiedzą ci całą prawdę.
- Nie ! – wstałam – Nie chce ! Ty nic nie rozumiesz ! Nie wiesz co się stało jak ciebie nie było. I nie mów mi tylko, że oni się zmienili bo ci i tak nie uwierzę !
- Liz , ale to prawda. Martwią się o ciebie. Nie wiedzą co się wydarzyło, nie wiedzą co się dzieje u ciebie, gdzie jesteś !
- To dlaczego mnie nie szukali przez ten pieprzony rok ! Przez ten rok najbardziej ich potrzebowałam ! Gdzie byli ? Co robili ? Nic ! Pieprzony rok!... Mają teraz ciebie niech zajmą się tobą starszym synem ! A ich córka już nie żyje !
- Nie mów tak ! Oni napraw…
- Nie! Nie wiesz co kiedyś mi mówili… Nic nie wiesz… wzięłam to do serca i tego się trzymam ! 
- To mi powiedź
- Nie zrozumiesz zostawicie mnie tak jak i oni mnie. Nie chce przez to przechodzić od początku wiec pozwól, ze ja się z tego wycofam – wzięłam swoją torebkę, która była na sofie i skierowałam się do wyjścia. Płakałam
- Liz !- usłyszałam głos Logana jak i Jamesa
- Przepraszam – wydusiłam cicho i wybiegłam z domu
Nie biegłam tak jak zazwyczaj w takich sytułaciach. Szłam wolno. Założyłam kaptur na głowę i ją spuściłam. Już nie padało tylko lało. Od stup do czubka głowy byłam mokra. Nie obchodziło mnie, że mogę się przeziębić. Nie teraz. Kierunek który sobie ustawiłam bardzo mnie samą siebie zaskoczył. Ale jednak tam szłam. Musiałam o tym wszystkim zapomnieć teraz, już. Zaledwie po dwudziestu pięciu minutach byłam już na miejscu. Stałam pod budynkiem już dobrze mi znanym. Nieświadoma co robię zapukałam. Drzwi otworzył mi znajomy chłopak.
- No śliczna, nie spodziewałem się tego, że tak szybko do mnie wrócisz i to jeszcze bez mojej pomocy. Czego kochanie pragniesz ?
- Spadaj Nathan ! Nie tego co się spodziewasz ! Potrzebuje od ciebie towaru, a wiem, że tylko ty jedyny teraz możesz mi to załatwić. Wiec jak ? Zapłacę ci za to
W tej chwili nic mnie nie obchodziło. Złamałam swoje zasady. Trzymania się z daleka od Nathana, jego kumpli i co gorsza od Narkotyku. Po prostu muszę choć przez chwile o tym zapomnieć a to mi pomoże.
Wskazał ręką, żebym weszła, zrobiłam to. Wszystko wyglądało inaczej. Było o wiele ładniej i czyściej. Zaskoczyła mnie ta zmiana. Zmienił się ?
Stałam w progu salonu. Satyn grzebał coś w barku stojący niedaleko telewizora.
- Wciągnij to nosem. - podał mi jakiś biały proszek. Wahałam się tylko przez moment, ale wciągnęłam to. W końcu nie miałam już nic do stracenia. Poczułam się niesamowicie i razem upiliśmy się. Nie miałam zielonego pojęcia co robię. Moje myśli nie "uwierały" mnie już tak jak przed paroma chwilami. Czułam, że jestem silna, że mogę zrobić wszystko. Nagle wstałam i zaczęłam biegać w kółko, skakać, wariować i robić rzeczy nie możliwe. Nathan tylko przyglądał mi się z uśmiechem. Po kilku dobrych godzinach zaczęło mi powoli przechodzić. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Chciałam zasnąć, ale nie mogłam. Podszedł do mnie szatyn i zaczął mnie całować. Odwzajemniłam pocałunek pomimo tego, że w ogóle nie chciałam. Pocałunek ? – mokry, ohydny, przyjemny, chwilami wracałam myślami do tego co było kiedyś jak momentami było mi z nim dobrze. Nagle zaczął mi wpychać ręce pod bluzkę. Zdjął mi ją, w ostatniej chwili zdałam sobie sprawę z tego co robi. Popchnęłam go, zabrałam koszulkę i jak najszybciej stamtąd wybiegłam.
 ______________________________________________________________
Woo…Hoo… napisałam jakoś ten 9 rozdział. Moja wena mi całkowicie nie dopisywała. Pomysłów mi na ten rozdział brakowało, ale jakoś go napisałam. Co o nim myślicie ? Mi osobiście początek nie za bardzo się podoba, a co do końca już bardziej :D No ,ale wam zostawiam ocenie :) Przyjmę nawęd krytykę.
Hmm…. Coś jeszcze miałam wam napisać tylko co to było ? A tak dziękuje wam jeszcze raz z tak dużo nominaci O.o jestem tym zaskoczona. Dziękuje też za miłe komentarze :) I tyle już odwiedzin. Jeśli ktoś nie oglądał zwiastunu może go znaleźć w zakładce zwiastun.
6-11 komentarzy = nowy rozdział :)